Doktor Zalewski, zatopiony w głębokim fotelu, uważnie obserwował Marka. Była piąta nad ranem. Siedzieli już tak od ponad godziny, odkąd krzyk chłopaka obudził doktora. Pierw- szy raz w swoim długim życiu stary lekarz uczestniczył w po- dobnych wydarzeniach. Gdy wparował na poddasze, nie po- znał własnego domu. W pokoju wszystko było zdemolowane. Połamane meble, wybite szyby w połaciowych oknach. Marek wisiał na grubym sznurze pod lampą. Wydawał z siebie charczą- cy, przedagonalny skowyt. Lekarz dopadł do wisielca. Całego okrwawionego, jeszcze w drgawkach zdjął ze sznura. W takich momentach adrenalina nie pozwalała na panikę. Doktor zachowywał pełną trzeźwość umysłu i profesjonalizm. Ostrożnie i metodycznie zbadał chłopaka, gdy ten już złapał oddech. Nigdzie nie było żadnej rany, żadnego draśnięcia, czy choćby zadrapania. Młody był cały lepki od ciemnej, krzepnącej krwi, ale to nie była jego krew! Staremu ciarki przeszły po ple- cach. – Co tu jest grane? – Myślał. Jak każdy lekarz, był sceptykiem. Nie wierzył w działanie sił nadprzyrodzonych, choć w tym wypadku, wiele na to wska- zywało. – O co tu chodzi?... – Jak detektyw rozglądał się po zdemolo- wanym pokoju, szukając odpowiedzi na niewyjaśnioną zagad- kę. Marek powoli dochodził do siebie. Przerażenie i napięcie ustępowało totalnemu wyczerpaniu. – Dam ci coś na uspokojenie – doktor wstał po zastrzyk.