Często, właściwie codziennie myślał o swoich przyjaciołach pozostawionych w lesie i o Weście. Charcica wpadła mu w ucho od tamtego cichego piśnięcia swojego imienia. Niby nic, a jednak...

 Wielokrotnie był już praktycznie zdecydowany, by wzywać ich na pomoc, ale za każdym razem zwlekał. - Jeszcze nie, jeszcze nie dziś, jeszcze dam radę. - Coś mówiło mu, że musi to przejść do końca. Jakiego końca? Nie wiedział. Ale tak jak radził mu Trocek, kierował się tylko własnym przeczuciem.

 Aż w końcu przyszła ta koszmarna noc. Karczmarz spił się, jak bąk. Bardan słyszał wyraźnie przez ścianę, jak najpierw stłukł, a potem zgwałcił swoją żonę. Słyszał jego chrapanie przez mury szynku. Słyszał też, jak oprawca obudził się tuż przed świtem i wylazł na dwór, by się wysikać. Wilk nadstawił czujnie uszu. Chciał być w razie czego gotowym do uników, gdyby  karczmarzowi przyszło do głowy nim się pobawić. Ale przedporanna mgła była tak gęsta, że zasłoniła faceta z siekierą w ręku i zagłuszyła jego kroki. Bardan nie miał żadnych szans, gdy oberżysta doskoczył do niego, zamachnął się i jednym ciosem odrąbał mu łapę. Wilk zawył z bólu i zwinął w kałuży własnej krwi.

- No to jeden zero dla mnie! - usłyszał tryumfujący śmiech swojego kata.

   Próbował nie stracić przytomności. Oddychał ciężko wylizując krwawą ranę. Teraz wiedział, że doszedł do dna własnego upodlenia i niewoli. Dopiero na tym dnie znalazł siły, mnóstwo sił, by się od niego odbić. I zrobił to! Z krwawiącym kikutem stanął na trzech łapach i tyle co miał pary w piersiach, zawył. A wycie to odbiło się echem od murów Miasta, budząc wszystkie jego ofiary - od karaluchów i szczurów, aż po ludzi. Wtargnęło w ich poranione cierpieniem dusze, dając ogrom sił do walki o swoją wolność i godność. I stało się to, co miało się stać. Gdy Bardan wył, bite żony i dzieci uciekały z domów, przykute psy wyrywały ze ścian łańcuchy; maltretowane koty wymykały się przez uchylone okna; ptaki, króliki, chomiki uciekały z klatek; konie - ze stajni, świnie – z chlewów. Wszystkie jeszcze żywe, nie zarżnięte, nie zagłodzone, nie zakatowane istoty gnały w stronę lasu za Bardanem wyjącym, jak syrena alarmowa.