To, co się jeszcze liczyło, to wspomnienia. Nie te z dzieciństwa: smutne, czarne, ciemne, ale te, gdy był Bardanem. Każdego wieczoru, tuż przed snem zamykał oczy, by choć na chwilę przywołać siłę w sprężystych mięśniach, feerię zapachów w nozdrzach, ciepło piasku pod pazurami i chłód deszczu na sierści. Tęsknił do tamtego odczuwania, widzenia, słyszenia świata. Którejś nocy, ze wstydem stwierdził, że z lubością wspomina smak surowego, owczego mięsa, ze świeżo zabitej ofiary... Tam wszystko miało swój cel. Nawet utrata łapy była po coś. Tam dawał i brał. Był potrzebny i potrzebował. Kochał i był kochany. Tu - dawno temu założył sobie blokadę na serce. Prześlizgiwał się po latach, jak po zamarzniętej sadzawce. Bez celu. Bez pragnień. Bez snów... Zawsze wmawiał sobie, że po prostu bierze życie takim, jakie jest. Nie ma oczekiwań - nie ma rozczarowań. Swój dom, pracę, swoje kobiety wypożyczał często kolegom, gdy wyjeżdżał na dłużej. Nigdzie i z nikim nie czuł się związany. Nawet sam ze sobą. Dopóki nie stał się Bardanem.

 Próbował tylko nie myśleć o ludzkim okrucieństwie, którego doświadczył na własnej, wilczej skórze. Próbował stłumić w sobie wstyd, że był, i znowu jest człowiekiem. Próbował jakoś dalej żyć z niezgodą na to, co ludzie wyprawiają, jak traktują samych siebie i otaczający świat.

 Ale Warszawa drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku była wyjątkowo niesprzyjającym miejscem dla tych prób. Narastająca międzyludzka agresja, izolacja, zawiść i głupota szerzyły się wśród lokalnej społeczności, jak epidemia. Wariackie tempo życia, wielko-małomiejska hipokryzja, nagminne spłycanie wszystkiego do discopolowego wymiaru sprawiły, że  zaczął dusić się we własnym kraju, własnym mieście, domu, a przede wszystkim – we własnej, ludzkiej skórze.

 Zimą przyszły takie dni, gdy nawet zaczął poważnie zastanawiać się nad całkowitym odejściem.